Udostępnianie posta w Social Media bez wtyczki

Instalowanie wtyczki tylko po to, żeby wyświetlić przyciski share-owania? Trochę absurd :) Zwłaszcza jeśli grafik przygotował specjalne ikonki i drapiesz się po głowie jak zmusić wtyczkę do ich wyświetlenia. Albo spędzasz godzinę próbując wyświetlić głupie przyciski w niestandardowym miejscu (miałem tak z wtyczką https://pl.wordpress.org/plugins/addthis).

Poniżej prosta funkcja załatwiająca sprawę:

/**
 * Zwraca adres URL przycisku do udostępniania w wybranym portalu
 * @author Krzysztof Łęcki <wpmagik@gmail.com>
 * @param  string $type ID portalu (facebook | twitter | pinterest)
 * @return string Adres URL linku udostępniania
 */
function social_share_link($type)
{
    global $post;

    // Adres i nazwa posta
    $url = urlencode( get_permalink($post->ID) );
    $name = urlencode( get_the_title($post->ID)  );

    // Ikona wpisu jako miniaturka do udostępnienia
    if( has_post_thumbnail($post->ID) )
    {
        $image_link = urlencode( wp_get_attachment_url( get_post_thumbnail_id() )  );
    }

    // Wygeneruj adres przycisku do udostępniania
    if( $type == 'facebook' )
    {
        return "http://www.facebook.com/sharer/sharer.php?u={$url}&amp;t={$name}&amp;s=100&amp;p[url]={$url}&amp;p[images][0]={$image_link}&amp;p[title]={$name}";
    }
    elseif( $type == 'twitter' )
    {
        return "http://twitter.com/share?url={$url}&amp;text={$name}";
    }
    elseif( $type == 'pinterest' )
    {
        return "http://pinterest.com/pin/create/button/?url={$url}&amp;media={$image_link}&amp;description={$name}";
    }
}

Wklej ją do pliku functions.php i wywołaj w dowolny sposób, np. jako link:

<a href="<?php echo social_share_link('facebook'); ?>" rel="nofollow" target="_blank">Facebook</a>

Postanowienia to przeżytek

Chciałoby się zrobić coś fajnego, ale właściwie nie wiadomo dokładnie jak… zmuszamy się do różnych trudnych rzeczy, w pewnym momencie poddajemy się, CZUJEMY SIĘ WINNI, że nam się nie udało – a po jakimś czasie z nową energią zaczynamy całą zabawę od nowa. Brzmi znajomo?

Pragnę ogłosić wszem wobec i każdemu z osobna: to NIE z Tobą jest coś nie w porządku! To postanowienia same z siebie po prostu słabo działają.

Daj sobie spokój z postanowieniami

Cykl życia postanowienia jest zamkniętym kołem i trzeba się z tym pogodzić. Na blogu Rozwojowiec.pl (świetnym zresztą) autor omawia badania naukowe na ten temat oraz pokazuje metody wytrwania w postanowieniach. Ja chciałbym jednak zaproponować trochę inne podejście:

Skoro postanowienia tworzą zaklęty krąg, który trudno jest przełamać… to po co w ogóle robić postanowienia?

BUM!

Jakie są inne opcje?

No właśnie. Warto sobie uświadomić, że popularne postanowienia to tylko narzędzie do realizacji naszych zamierzeń. W mojej ocenie jest to narzędzie z epoki kamienia łupanego :) Od tego czasu na pewno wymyślono już narzędzia nieco bardziej zaawansowane technicznie!

Weźmy najpierw typową sytuację. Przykładowo:

  • Stan początkowy – rzeczywistość – np. mamy pracę biurową, praktycznie zero aktywności fizycznej i urósł nam brzuch. POSTANAWIAMY coś z tym zrobić.
  • Stan docelowy – to, co chcielibyśmy żeby się stało rzeczywistością – czyli np. że trenujemy, zdrowo się odżywiamy, jesteśmy ogólnie super sprawni i atrakcyjni fizycznie.

Sposób działania narzędzia zwanego postanowieniem zobrazuję ponownie przy pomocy prostego wykresu (może to pomysł na motyw przewodni bloga?), ale tym razem nie będzie potrzebna nawet żadna matematyka.

Fragment wykresu znajdujący się „w przyszłości” zaznaczyłem przerywaną linią. Punkt A to chwila obecna – stan wyjściowy. Po lewej jest to co już było, a po prawej są dni których jeszcze nie znamy (la-la-la lala ;)). Punkt B reprezentuje wejście w stan, który chcemy osiągnąć i utrzymać.

Od razu rzuca się w oczy, że wykres jest nienaturalnie ubogi i uproszczony. Mamy raptem 2 punkciki i ostry zgrzyt między nimi – żadnego pomysłu jak je połączyć. Nic dziwnego, że zwykle zaczynamy „od jutra”. Zastanówmy się jaki może być scenariusz wydarzeń: mija trochę czasu i…

wykres2

…dupa. Udało nam się „zmotywować” (to też przeżytek tak na marginesie!) i ruszyć z kopyta: kupiliśmy karnet na siłkę/fitness/pływalnię itd. i dziarsko poszliśmy trenować naszą sylwetkę (Punkt A1). Daliśmy czadu! Tak bardzo, że potem przez tydzień nie mogliśmy się ruszyć 😉 Poszliśmy jeszcze drugi raz jak nam się przypomniało (Punkt A2), bo szkoda karnetu skoro zapłacone… ale miesiąc się skończył i nie wykupiliśmy już kolejnego karnetu. Mieliśmy w końcu tysiąc innych spraw na głowie, tak jakoś wyszło.

Typowo, prawda?

Połącz kropki

Zamiast dywagować jakie narzędzie może być lepsze od postanowień, pokombinujmy z tym, co mamy – czyli z wykresem. Zaznaczmy znowu stan początkowy (punkt A) i docelowy (punkt B), tylko wymyślmy nieco bardziej szczegółowe wyobrażenie dotyczące przyszłości.

Co widać na wykresie:

  • Punkty A1-A3: to tzw. KAMIENIE MILOWE, które sobie dodatkowo założyliśmy po drodze, żeby złagodzić zgrzyt między stanem nic-nie-robienia a stanem ociekania zajebistością. Czyli np. że zaczynamy ćwiczenia od jednego treningu tygodniowo i stopniowo zwiększamy częstotliwość/intensywność; że po kolei eliminujemy np. czipsy i inne śmieci z naszej codziennej diety, zamiast wszystko na raz; itp.
  • Podpunkty A1.1-A1.3: DROBNE ZADANIA, które mają nas poprowadzić jak po sznurku do osiągnięcia kolejnych kamieni milowych, np. poszczególne sesje treningowe.

Wykres jest dużo bardziej „gładki” (co ciekawe to termin matematyczny!), więc tym razem powinno pójść bardziej gładko. Jakie mogą być teraz scenariusze wydarzeń?

wykres3b

Co widać teraz:

  • Niebieska linia: scenariusz nr 1. Właściwie niewiele różni się on od przerywanej linii (pierwotnych wyobrażeń). Trochę rozciągnęło się to w czasie, ale generalnie do przodu.
  • Zielona linia: scenariusz nr 2. Zdarzyło się tutaj coś bardzo nieoczekiwanego. Okazało się, że wkręciliśmy się dużo bardziej w nasze nowe aktywności i osiągnęliśmy dużo więcej niż sobie wyobrażaliśmy. Modelowy wykres zaczyna rosnąć w tempie lawinowym (wykładniczym)!

Wnioski

W sumie stworzyliśmy więc wykres dla jakiegoś narzędzia, wiemy mniej więcej jak ono działa, ale nie wiemy jeszcze co to za narzędzie. Proponuję nazwać je MAPĄ. A to dlatego, że pięknie pasuje tutaj metafora podróżnicza, która przy okazji da nam jeszcze więcej informacji jak to działa:

  1. Generalnie żeby dotrzeć do celu dobrze jest mieć pod ręką MAPĘ. Nawet jeśli życie zweryfikuje dokładność i aktualność posiadanej przez nas mapy, to i tak:

    jest dużo większa szansa dotrzeć ostatecznie do celu z niedokładną, ale korygowaną na bieżąco mapą, niż po omacku bez żadnej mapy.

  2. Zwykle trasę na mapie musimy wytyczyć sobie sami. Czyli co robimy? Najpierw ustalamy główne punkty odniesienia – np. główne miasta, które będziemy mijać po drodze (KAMIENIE MILOWE). Następnie wybieramy drogi łączące poszczególne główne miasta na mapie (zwykle mamy 2-3 różne opcje) i namierzamy pomiędzy nimi mniejsze miasta jako dodatkowe punkty odniesienia (DROBNE ZADANIA).
  3. Jeśli nie mamy przygotowanej trasy – bo np. wydaje się nam, że znamy drogę – to czasem zdarza się zabłądzić, a wtedy:

    zabłądzenie oznacza stratę czasu, tworzenie trasy „z powietrza” w mniejszej lub większej panice, albo powrót do punktu wyjścia.

    Czyli ostatecznie i tak potrzebujemy JAKIEJŚ trasy. A w kontekście życiowych zmian może nam „życia nie wystarczyć” na ich wprowadzenie.

  4. Może się zdarzyć, że mamy wytyczoną trasę, ale i tak się zgubimy. Wtedy pierwsze co robimy, to konsultujemy się z towarzyszami podróży – czyli warto mieć kompana w realizacji swoich zamierzeń. Jak to nie pomoże, to pytamy o drogę innych ludzi, których napotkamy: tubylców albo innych podróżników,
  5. Przydaje się co jakiś czas porównywać nasze położenie z mapą. Jeśli dłuższy czas nie kontrolujemy swojego położenia, to może się okazać, że wyjechaliśmy gdzieś daleko w pole.
  6. Sami dowodzimy naszą własną wyprawą. Mamy ochotę w pewnym momencie zmienić trasę albo zatrzymać się dłużej w jednym miejscu, proszę bardzo :) Nawet jeśli decyzja okaże się błędna, to zawsze mamy bazę, do której możemy wrócić, czyli pierwotną trasę.
  7. W gruncie rzeczy najważniejsze jest, żeby w ogóle ruszyć z miejsca – nawet najdłuższa podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Ten krok w nieznane nie jest taki straszny, jeśli znamy topografię terenu i skupiamy się przede wszystkim na dotarciu do najbliższego schroniska.

Plan operacji

Celowo używałem do tej pory bardzo obrazowych określeń. W gruncie rzeczy chodzi przecież o sporządzenie planu i kontrolowanie go na bieżąco. Wiem, że niektórzy wręcz mają uczulenie na hasła takie jak planowanie czy systematyczność. Byłem tam. Nadal źle mi się kojarzą, wolę spontaniczność zamiast planowania i kreatywność zamiast systematyczności.

Tylko czy oby na pewno są to przeciwstawne pojęcia? Czy nie można mieć jednego i drugiego? A kto bogatemu zabroni :) Wystarczy spojrzeć z trochę innej perspektywy i dostrzec, że:

planowanie to tak naprawdę wyobrażanie sobie przyszłości, a bycie systematycznym oznacza podążanie wytyczonym przez siebie szlakiem.

Brzmi dużo bardziej ekscytująco, prawda?

Żeby mi się chciało tak jak mi się nie chce…

Na zakończenie przedstawiam pytanie, które teoretycznie należałoby sobie zadać na samiuśkim początku. Tyle, że pytanie to zaczyna mieć sens dopiero po przebrnięciu przez opisaną powyżej analizę:

Czy na pewno chce mi się to zrobić?

Czy po wytyczeniu szlaku i uświadomieniu sobie ile roboty jest przede mną, jest to dla mnie nadal ekscytujące? Bo jeśli nie, to najlepiej od razu dać sobie spokój i zabrać się za coś innego, szkoda czasu.

Ewentualnie można zrobić sobie postanowienie, dzięki temu możemy się powymieniać ze znajomymi na fejsie jakie mamy super plany. A potem razem ponarzekać, że się nie udało 😉

PS

Chciałbym się jeszcze podzielić pomysłem na wykonanie własnej MAPY czy PLANU DZIAŁANIA – do powieszenia nad łóżkiem albo nad biurkiem. Tak dla własnej inspiracji. Np. Kevin, jak został sam w domu, zrobił coś takiego i się ziściło…

Operation-Ho-Ho-Ho-2

Wzór na szczęście: zagadka rozwiązana!

Wprawdzie miał być blog o kodowaniu, ale co tam! Zacznę od ciekawszych spraw :)

Spodobała mi się ostatnio na blogu znajomych (pozdrawiam!) taka formuła:

szczęście = rzeczywistość - oczekiwania

Ot, taka sobie zgrabna złota myśl. Jeśli mamy wygórowane oczekiwania, które nie mają pokrycia w rzeczywistości, to jesteśmy sfrustrowani, więc cieszmy się małymi rzeczami itd. To, co zwróciło moją uwagę, to że autor owej złotej myśli (mniej lub bardziej świadomie) przedstawił ją w formie równania.

Zgodnie z zasadą, że jeden obrazek mówi więcej niż tysiąc słów, postanowiłem odkurzyć swoją wiedzę na temat funkcji liniowej… i narysowałem na kartce piękny wykres, po czym przeprowadziłem profesjonalną analizę matematyczną 😉 Poniżej oryginał moich bazgrołów, można przejść od razu do wniosków.

wykres_szczescia

Wnioski (z przymrużeniem oka)

Co właściwie z tego wynika? Kilka ciekawostek:

  1. Rzeczywistość jest wartością stałą (const). Już wyjaśniam po ludzku co to oznacza, otóż:

    rzeczywistość nie wnosi nic do równania, więc można mieć na nią wyj**ane. Polecam!

    Innymi słowy, poziom szczęścia nie zależy zupełnie od otaczającej nas rzeczywistości. Tak wynika z równania, więc tak musi być! 😉

  2. Jeśli jednak przejmujemy się rzeczywistością, to stosunkowo wysoki poziom szczęścia osiągniemy przyjmując zerowe oczekiwania. Czyli cieszę się z tego co mam i to mi w zupełności wystarczy.
  3. Poziom szczęścia jest funkcją (zależy od) oczekiwań. Należałoby więc zastanowić się czymże właściwie są te oczekiwania. Bo czy przypadkiem nie jest tak, że jeśli nie mam żadnych oczekiwań, to nic nie osiągnę i jednak będę przez to nieszczęśliwy? Proponuję takie ujęcie tematu:

    oczekiwania to jest takie coś, że zaczynamy mieć pretensje (do siebie, do kogoś, nieważne) jeśli nie dostajemy tego co oczekujemy.

  4. Ta definicja daje nam możliwość rozwoju i zgadza się z wykresem – wraz ze wzrostem oczekiwań w sposób jednostajny i nieuchronny spada poziom szczęścia. Skoro mamy coraz większe pretensje do siebie i innych, to jesteśmy bardziej nieszczęśliwi, chyba się zgadza. Lećmy dalej.
  5. Teraz – co to może oznaczać, że ktoś ma ujemne oczekiwania? Ujemne oczekiwania, czyli coś dokładnie przeciwnego do zdefiniowanych powyżej oczekiwań… moja propozycja to: MARZENIA. Wymyśliłem tak dlatego, że:

    jeśli marzenia nie spełniają się w danym momencie, to nie mamy do nikogo pretensji, tylko po prostu dalej drążymy temat i dążymy do realizacji naszymi marzeń :)

  6. Spójrzmy teraz w lewy górny róg wykresu. Jeśli nie przeszkadza nam bycie ponad rzeczywistością (kształtowanie rzeczywistości?), to roztacza się przed nami kusząca wizja: wielkie marzenia i stopniowe zwiększanie poziomu szczęścia, które dąży do nieskończoności! Na tej ścieżce możemy osiągnąć co tylko chcemy i zapas szczęścia nigdy się nie wyczerpie. W końcu jak zrealizujemy jedno marzenie to możemy realizować kolejne, możliwości są ograniczone tylko naszą wyobraźnią. Ten fragment wykresu można by nazwać OPTYMIZMEM.
  7. Oczywiście z optymizmem wiąże się takie powiedzenie, że „pesymista jest optymistą z bagażem doświadczeń”. Z punktu 5 wynika podobna przestroga, którą ujmę w ten sposób:

    jeśli mamy wielkie marzenia i w pewnym punkcie zaczniemy mieć pretensje, że nie spełniają się one tak jak byśmy chcieli to… BUM, wielkie marzenia mogą zamienić się w wielkie oczekiwania.

    A wtedy (patrząc na wykres) z okolic nieskończonego szczęścia teleportujemy się jak przez jakąś czarną dziurę w okolice nieskończonego nieszczęścia.

Podsumowując

Zaiste ciekawa sprawa co to można wyczytać z wykresu funkcji liniowej 😉

Jeśli masz coś do dodania albo po prostu podoba Ci się co naskrobałem, to napisz koniecznie komentarz pod spodem. Dzięki!